czwartek, 29 marca 2012

Kilka suchych faktów

Postanowiłem napisać trochę praktycznych porad na zakonczenie wietnamsko-laotańskiej przygody. Może komuś się przyda a i ja wyciągnę przy okazji wnioski i wykorzystam w przyszłości.
Na początek trochę o podróżowaniu w tej części świata na motorkach. Przede wszystkim jest to najpopularniejszy środek transportu tutaj i nie bez powodu tak się dzieje. Można wszędzie wyjechać, załadować ile się się chce, mało pali i nie wymaga szczególnej troski.
Motorki
Wrzucam szybki filmik z motorków po Laosie/Wietnamie dla zobrazowania tematu.

video



Honda Win-czterosuwowy motorek 110ccm, kompletnie nudny. Wlasciwie nie mieliśmy nawet oryginalnych japońskich Hond, tylko motorki zrobione na licencji Honda przez Koreanczykow (Vecstar) i Indonezyjczykow (SportHonda). Kupilismy je za ponad 300USD za sztukę w wietnamskim Hoi An, sprzedaliśmy po ok miesiacu za 160USD. Kilka faktów przewazylo o decyzji zakupu akurat tego: popularny, wytrzymaly, manualna skrzynia biegów, w miarę solidne zawieszenie i kola. Wlasciwie nie miały tu konkurencji. Ciężko znaleźć tu cos wiekszego, poza Minskiem, który jest o wiele bardziej awaryjny, więcej pali i do tego dwusuw.
Gotowy do drogi

Po ciężkiej drodze

 W serwisie











Na stacji benzynowej





























































D










































Do jazdy tutaj trzeba przywyknąć. W Wietnamie ciężko zauważyć jakiekolwiek zasady ruchu. Kiedy jest sygnalizacja, wszyscy traktują światła bardzo "elastycznie".  Generalna zasada to patrzeć przed siebie, niech jadący z tyłu uważają na ciebie. Nie skręcać gwałtownie, jechać płynnie w tempie reszty motorków. Do tego najważniejsze, czyli echolokacja jak mawiał Lobo. Przy każdym manewrze, lub gdy chcemy być zauważeni trąbimy. Wypadki oczywiście często się zdarzają, ale przy jeździe 50km/h zwykle kończą się zadrapaniami i nikt specjalnie się tym nie przejmuje. W Laosie jeżdżą trochę szybciej, ale bardziej czytelnie i używają kierunkowskazów. Dla porównania, jest gorzej niż w Tajlandii, ale i tak lepiej niż w Indiach.
Do jazdy na motorku nie jest potrzebne prawo jazdy. Własciwie oficjalnie to jest, ale honoruja tylko wietnamskie, ktorego turyści nie mogą zrobic, jednak nie spotkałem przypadku żeby ktokolwiek o to pytał.
Przekraczanie granicy motorkiem to osobny temat. Oficjalnie nie można, w praktyce zależy to od przejścia granicznego. Trzeba wcześniej przeszukać fora turystyczne gdzie ludziom się udało (Cha Lo) a gdzie mogą być problemy (Lao Bao).
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to kaski można kupić na miejscu, gorzej z jakimikolwiek ochraniaczami, czy rekawiczkami, które lepiej przywieźć ze sobą, ewentualnie w sklepie z militariami w Saigonie można kupić.
Kwestia zapewnienia bezpieczeństwa jest w przypadku kasku raczej drugoplanowa


Jazda nie jest jakaś specjalnie trudna, ale trzeba mieć jakiekolwiek doswiadczenie motocyklowe poza motorynką brata kuzyna. Motorki tutaj to rzadko jednoślady, raczej krzywe, rozklekotane składaki, dlatego nie jeździ się tym zbyt pewnie i trzeba mieć pojęcie o utrzymaniu tego w stanie używalności. Z narzędzi po drodze przydawał się oczywiście tzw. multitool, taśma izolacyjna, zapasowa dętka, kupione na miejscu klucze, gumy i taśmy do mocowania bagaży.

Foto.
Pierwszy raz na wyjazd nie zabrałem lustrzanki, tylko mały kompakt (samsung ex1), co z resztą widać po zdjęciach. Nie nastawiałem się specjalnie na fotografowanie a w razie zmiany zdania kompaktem też się da coś uchwycić a przynajmniej nie jest tak wielki i ciężki. Lobo podobnie, zostawił lustrzankę w domu i zabrał fuji x10. Mieliśmy okazję trochę je potestować, więc od razu kilka wniosków: samsung ex1 mial zasadnicza wadę, czyli brakowało mu zakresu (przysłona/czas) w silnym słońcu. Musiałem od razu nakręcać filtr polaryzacyjny żeby go ściemnić. Mułowaty zoom, brak wizjera, ograniczone możliwości nastaw w trybie czarno-białym potrafiły lekko irytować. Na plus trzeba wspomnieć o jasnym obiektywie, małej wadze i rozmiarach. Lobowe fuji x10 właściwie pokochałem. Możliwości jak w lustrzance, sprytnie pomyślany, szybki, tylko sporo większy, cięższy i droższy.
Ciuchy i sprzęt.
Cały czas uczę się jak spakować się perfekcyjnie, czyli zabrać wszystko co potrzebne, nic co się nie przyda i zmieścić to w plecak, żeby mało ważyło.
Dobrym pomysłem było zabranie cześci ciuchów, z którymi chciałem się już rozstać. Po prostu kupując pamiatkowy T-shirt jednocześnie wyrzucałem starą przepoconą koszulę, czy rozdarte na motorku spodnie. Nie ma co specjalnie martwić się o ciepłe ciuchy. W radzie potrzeby można bardzo tanio kupić podróbki trekkingowych marek. Lepiej zabrać koszule/bluzy z długim rękawem, wtedy słońce nie spali rąk a w razie potrzeby można zawsze podwinąć, czy obciąć. To samo ze spodniami. Klasyczny zestaw butów (pełne, sandały, klapki pod prysznic) powiekszyłem o coś co już od dawna mnie intrygowało. Pięciopalczaste buty do lekkiego trekkingu (vibram fivefingers). Ciekawa sprawa, dziwnie się chodzi, ale przyjemnie. Na początku bolą łydki, bo zaczynają pracować mieśnie, których nie używamy chodząc w zwyczajnych butach. Na pewno jest lepszy kontakt z podłożem i całkiem wygodnie. Niestety przy lekkim błotku, czy wodzie bardzo łatwo przesiąkają między palcami, nasiąka wewnętrzna skórzana podeszwa, która nie schnie zbyt szybko i butki trzeba odwiesić na jakąś dobę. Pomysł ciekawy, ale nadaje się to raczej w suchy teren. Butki wzbudzały dość duże zainteresowanie miejscowych. Niektórzy myśleli, że to protezy stóp, inni chcieli odkupić za 3USD, lub się zamienić, jeszcze inni dotknąc.
Palczaki











































Niepotrzebnie wziąłem śpiwór, wystarczył zwykły wkład bawełniany, który Lobo ochrzcił pokrowcem na człowieka. Zwykle nawet w najgorszych dziurach dostawaliśmy ręczniki, jednak kto czytał/oglądał "Autostopem przez Galaktykę" ten wie, że zawsze trzeba mieć ze sobą recznik. Jeśli ktoś lubi/potrzebuje być w kontakcie dobrze zabrać smartphona z wifi, coraz rzadziej można znaleźć kafejki internetowe a bardzo często są dostępne otwarte sieci wifi. Oczywiście można też kupić na miejscu jakiegoś chińskiego ajfona. Można też po prostu nie przejmować się takimi rzeczami i udowodnić sobie że życie offline jest wciąż możliwe a wręcz przyjemniejsze.
Nie ma sensu zabierać map, czy przewodników. Na ulicach za ok 5USD można kupić każdy przedruk Lonely Planet.
Nie sprawdziłem zaopatrzenia aptek, ale zawsze wolę mieć swoją apteczkę.
Duże, mocne worki na śmieci okazują się bardziej wielofuncyjne niż mogłoby się wydawać.
Dobry spray od komarów, czy dodatkowo moskitiera to zawsze dobre pomysły. Testowałem coś o nazwie mugga. Faktycznie działa, ale lepiej używać na swieżym powietrzu, po użyciu w pokoju samemu można zostać ofiarą tego środka.
Z pieniążkami to najlepiej oczywiście mieć kilka opcji, bo bankomaty bywają tu kapryśne. Osobiście preferuje 2 różne karty i trochę gotówki w USD (nowe, ładne banknoty).

Koniec tych kryptoreklam i porad. W razie potrzeby proszę pytać śmiało.




poniedziałek, 26 marca 2012

Tequila Bum Bum

Wracając do Saigonu czułem się jak byśmy wracali do domu. Lokalny folklor tego miejsca ciągle mnie fascynuje. Pewnie wiele osób ma inne zdanie, ale wg mnie Saigon ma zdecydowanie lepsze wibracje niż Hanoi. Kwestia gustu. Ostatnio Lobo przypomniał stare powiedzenie naszego znajomego: "jeden lubi pomarańcze a drugi jak mu nogi śmierdzą". Sprawdzone miejscówki na owocowe koktaile uliczne, jedzenie, czy posiedzenie przy piwku wieczorem uzupelnialiśmy o nowe miejsca. Cholon- miejscowe chinatown nie jest zbyt imponujące. Nie ma co liczyć na powtórkę z Bangkoku, gdzie cały zgiełk, zapachy, dźwięki, kolory atakują z każdej strony aż do granic wytrzymałości. Tutejsze chinatown jest po prostu chińską dzielnicą. Trochę inny język, jedzenie uliczne, zabudowa, ale bez szaleństw.
Buddyjska Pagoda w Cholon- chińskiej dzielnicy Saigonu


Wieczorem daliśmy się naciagnąć na najdroższe dotychczas piwo w ponoć kultowej knajpie "Apocalypse Now". Mogę tylko powiedzieć, że kultowy to był film, a knajpa wygląda jak jeden z barów o nazwie "Underground" jakie można znaleźć w każdym polskim miasteczku. Ewidentnie miejscowi mają inne ceny i sporo ich się tam bawiło, nas nie było stać, ani nie mieliśmy ochoty zostawać na drugą puszkę 0,3 lokalnego półszatanskiego piwa 333. Wieczorne szwędanie miało zasadniczo jeden cel: znaleźć lokalny Acoustic Bar. Nie było łatwo, droga prowadziła nas przez knajpę gdzie mała, sprytna Meksykanka wyposażona w zestaw gestów Marlyn Monroe spiewała latynoskie szlagiery przy akompaniamencie swojego Maestro. Następnym punktem była restauracja z bardzo poważną, ale cichutką muzyką na żywo. Wreszcie znaleźliśmy Acoustic, gdzie przywitał nas tłum ludzi dookoła sceny, na której wietnamski wokalista wymachiwał dlugimi włosami w rytm ciężkiego grania swoich kompanów. Ceny wysokie, ale jak wyjasnił mi jakiś miejscowy, ceny zawierały jakby wejściówk. Później było już tylko gorzej, jakieś cukierkowe pseudorockowe kapele zmusiły nas do wyjścia.   

Postanowiliśmy drugi raz na tej wyprawie skorzystać z opcji organizowanej wycieczki, wiedzieliśmy czym to śmierdzi, zwlaszcza że było dość tanie, jak na odległość i czas. Tak czy inaczej chcieliśmy zobaczyć słynne podziemne tunele Vietkongu, a Lobo jeszcze przed wyjazdem zażyczył sobie strzelanie z kałasza. Bilety do Cu Chi tunnels kupiliśmy na parterze naszego guesthousu, gdzie dwie wietnamki prowadziły agencję turystyczną. Jedna z nich wyglądała dokładnie jak Lucy Liu w Kill Bill, ten sama beznamiętny wyraz twarzy, druga uśmiechnięta, ale już bez skojarzeń filmowych. "Wodzirej" wycieczki zaczął tłumaczyć wszystkim w busie co i jak będziemy robić, po jakimś czasie obraził się że nikt go nie słucha i zamilkł. Nie tyle był ignorowany co raczej nie rozumiany przez większość uczestników z powodu stosowania dość lokalnej odmiany angielskiego. Na miejscu park dla turystów z prezentacją wejść do tuneli, klasycznych pułapek, sposobu życia Vietkongu w tunelach i oczywiście możliwością strzelania z kalashnikowa (za opłatą prawie trzykrotnie wyższą niż wycieczka). Przeszliśmy na czworaka fragment tuneli specjalnie powiekszony dla zachodnich turystów, obejrzelismy propagandowy film dokumentalny, zdecydowaliśmy się wystrzelić symboliczną salwę z kalasznikowa i powrót do Saigonu. Jak na tak niesamowite miejsce to raczej średnio ciekawie to wyszło. A historia miejsca niesamowita. Ponad 200km podziemnych kanałów prowadzących na różne poziomy. Tunalami przemieszczali armię, przenosili broń, czy jedzenie. Pod ziemią oprócz przejść zorganizowali sypialnie, szkoły, szpitale, specjalną wentylację, pitną wodę i system antyzalewowy. Na wyjsciach z tych kanałów amerykanie postawili sobie bazę i przez miesiąc zastanawiali się czemu tak dużo żołnierzy ginie co noc bez śladu. Miejsce to było palone napalmem, trute defoliantami i bombardowane. Amerykanie mieli rozkaz zrzucać tu nie wykorzystane w nalotach bomby przed powrotem do bazy. Dopiero dywanowe naloty B52 ostatecznie zniszczyły większość tuneli.


Wejście do tuneli

Bamboo trap

Vietkong knuje






























































































Wróciliśmy do Saigonu, gdzie wszystko jest trochę inne niż na początku się wydaje. Po pewnych nieporozumieniach w salonie masażu, zaczęliśmy się zastanawiać co by było, gdybyśmy zamówili w barze Tequile Bum Bum, na pewno nie miałoby to nic wspólnego z piciem.

Lost in translation











































Postanowiliśmy wreszcie uciec od zgiełku miasta i przede wszystkim odpoczać trochę po tych wakacjach. Dotarliśmy łódką do Vung Tau, gdzie znaleźliśmy olbrzymie posągi Jezusa, Marii, Buddy i Dżyngis-hana(?), ale niestety nie udalo się znaleźć spokojnej plaży. Tak dotarlismy do Ho Coc -malutkiej miejscówki nad Morzem Południwo-Chinskim, gdzie mamy dylematy wyłącznie pomiędzy plażą i dżunglą. Ołjee.

Nie narzekaliśmy na kolorowych sąsiadów

Bywają piękniejsze plaże, ale tu chociaż było spokojnie

Czerwone mrówki znów coś knują





czwartek, 22 marca 2012

North - Northwest


Pola ryżowe

Po przejechaniu granicy wietnamskiej obaj niezależnie poczuliśmy poddenerwowanie do tego stopnia, że jechalismy dość szybko (czyli ok 60km/h) i dlugo bez zatrzymywania. Znow wszyscy wokoło trąbili, znow wszędzie pytaliśmy o ceny kawy i żarcia, żeby nie bylo niespodzianek. Jednym słowem codziennie stawaliśmy przed dylematem więźnia, któremu wypadło mydło pod prysznicem.
Dobre rady wujka Ho Chi Minha






Górskie doliny w północno-zachodnim Wietnamie

Schwytany przez miejscowych młody Leopard

Poza ryżem i kukurydzą niewiele się tu uprawia

Transport kóz na targ do Hanoi

































































D
Droga do Hanoi zajęła nam 3 dni. Stwierdziliśmy, że robimy ją bez sentymentów i zjeżdzania z głównej trasy. Laos pozostawił po sobie tak niesamowity spokój w głowie, że za nic nie chciałem dać go sobie odebrać krzykliwym Wietnamczykom. Przedmieścia Hanoi zaczęły się ok 35km przed miastem. Tłok, korki i uliczna partyzantka znacznie spowolniły naszą jazdę. Później było już tylko gorzej. Szybko musieliśmy przypomnieć sobie zasady tutejszego ruchu a raczej ich brak.

Mniej więcej wyglądało to tak:

video


Dojechaliśmy przed nocą do lokalnego pierdolnika, który okazał się tu całkiem spory, do tego bez jakiegokolwiek punktu centralnego, tylko sieć ulic. Trzeba przyznać, że szczęśliwie po raz kolejny prosty plan został zrealizowany perfekcyjnie. Z rzeczy, które musieliśmy jeszcze zrobić pozostała sprzedaż motorków, resztę po prostu moglismy. Właściwie cena jaką zapłaciliśmy była równa cenie wynajmu przez ten miesiac, wiec teraz mogliśmy tylko "zyskać". Zrobiliśmy karteczki na motorki, kilka ogloszeń w internecie i pytaliśmy w okolicach guesthousów.
Aktywny marketing


Częściowo z powodu tej misji, a po częsci z powodu charakteru miasta, gdzie wszystko jest 3x droższe niż poza stolicą, zbojkotowaliśmy Hanoi nie znajdując tu miejsca dla siebie. Dopiero Acoustic Bar przywrócił naszą wiarę w tutejszych ludzi. Mały pub z pseudosceną, gdzie garstka znajomych gra i śpiewa wietnamskie i światowe hiciory. Zdolności wokalne i instrumantalne wszystkich muzyków były niesamowite. Cały wieczór słuchaliśmy jak zaczarowani ciągle odmawiając występu. Ostatecznie zajęliśmy miejsca przy mikrofonach, żeby przekonać się że nie potrafimy grać ani śpiewać, ale za to nie poddajemy się zbyt łatwo. Następnego wieczoru mieliśmy lot do Saigonu, wiec brak zainteresowania naszymi motorkami zaczął być frustrujący. Liczyliśmy na turystów, bo miejscowi wolą skutery a poza tym nie zaproponowaliby nam dobrej ceny. Jednak na turystów trzeba czekać a my już nie mieliśmy czasu. Ostatecznie sprzedaliśmy miejscowemu handlarzowi za pół ceny, lepsze niż nic.

Hanoi nie zostawiło pozytywnych wspomnień. Po objechaniu wietnamskich prowincji znaliśmy ceny i tutaj wszystko było po prostu 3xdroższe i gorsze. Turysta może poczuć się jak chodzacy portfel i miejscowi nawet nie starają się sprawiać wrażenia, że tak nie jest. Jedzenie czy kawa nie są tu już tak spektakularne jak na południu, nie podają gratisowej wysmienitej herbatki do wszystkiego, czy pysznych owocowych miksów, a jeśli uda się coś takiego znaleźć to z pewnością po cenie europejskiej.

Codzienny uliczny zgiełk


No dobra, postaram się napisać coś dobrego o tym mieście. Ma bardzo zróżnicowaną i ciekawą architekturę. Zróżnicowaną dzięki wszechobecnym nadbudówkom a ciekawe są formy jakie przybiera wszechobecny grzyb.
Kamienica wielofunkcyjna











































Wracamy do Saigonu, tam jakoś bardziej swojsko się czułem.

Hawk!